Na peronie stało kilkadziesiąt podekscytowanych zbliżającą się podróżą
pasażerów z plecakami, torbami i siatkami. Szybko wskoczyliśmy do
dusznego wagonu i odnaleźliśmy nasz dwuosobowy przedział. Po drodze oddaliśmy nasze bilety konduktorowi. Przedział był przytulny, ciepły i cichy. Od razu po zamknięciu drzwi poczuliśmy się kameralnie. Pociąg ruszył szarpnięciem, a zza zasłoniętego firanką okna przebłyskiwały coraz szybciej światła peronu, aby po chwili zgasnąć dając nam obojgu potrzebne poczucie odizolowania.
Usiedliśmy w poczuciu ulgi, wiele nas kosztowało zorganizowanie tego
wspólnego wyjazdu i dopiero teraz docierało do nas, że to naprawdę się
dzieje i że naprawdę jesteśmy razem we dwoje i jedziemy pociągiem nad morze. Do Helu.
Przygarnąłem Cię mocno do siebie, tak mocno, jak tylko potrafiłem, a
jednocześnie tak delikatnie, jak Ty lubisz, kiedy Cię tulę. Nasze usta
spotkały się i przywitały delikatnymi muśnięciami przypominając sobie tamte szalone i niekończące się napady namiętnych uścisków na Champs de Ellysees, pod Łukiem Tryumfalnym i pod Wieżą Eiffla. Rozpoznałaś ich smak i sama mocniej i pewniej wpiłaś się z wytęsknieniem, tak jak to czynią ludzie dawno nie widzący się i przez to ogarnięci przemożną potrzebą nadrobienia straconych chwil bliskości. Moje usta błądziły po twojej szyi i ramionach łapczywie odnajdując tamte ukojenia.
Potrzeba bliskości, ta niezrozumiała ale spontaniczna energia
wypełniała nasze dusze i pragnienia. Nasycić się, poczuć bliskość i
spijać słodycz pocałunków, to był to, czego potrzebowaliśmy w tym
momencie.
Pędzący w ciemności pociąg zatańczył szarpnięciem na jakimś rozjeździe. Przez zasłoniętą szczelnie beżową firankę okna zaczęły przebłyskiwać żółte światła szybko mijanych latarń peronowych jakiejś niewiele znaczącej stacji na trasie Warszawa– Gdańsk.
Wstałaś poprawiając włosy i podeszłaś do umywalki przy oknie. Przez
chwilę przypatrywałaś się swojemu odbiciu w lustrze, dłońmi opierając się o poręcz przy umywalce. Spojrzałem w twoje odbicie, które ty wychwyciłaś. Uśmiechnęłaś się łagodnie, jakbyś chciała przez to
powiedzieć, ze wszystko jest ok, ale chcesz tak przez chwilę, może i
dwie postać trochę sama ze swoimi myślami. Niby tuż obok mnie w tym małym przedziale, ale jednak sama w swoich myślach. Dłużej patrzyłaś sobie samej w oczy.
Ja też o czymś pomyślałem patrząc na Ciebie stojącą przy tym lustrze.
Spuściłem wzrok i zatopiłem się w pewne wspomnienie. Cztery lata temu też jechałem pociągiem do Helu, ale sam. Wtedy byłem smutny i
przygaszony, zrezygnowany. Brak bliskości i ciepła próbowałem nadrobić sobie uciekając w samotne wyjazdy gdzieś daleko, byle dalej od kłopotów i stresów, z którymi nie potrafiłem sobie sam poradzić. Patrząc przez
okno w daleki horyzont uciekającego szybko krajobrazu jakby
instynktownie oddalałem od siebie natrętne myśli pozwalając
jednocześnie na popadanie w swego rodzaju melancholię, nastrój jakiś
niby poetyczny, ale w gruncie rzeczy i tak płytki skoro nie przynosił mi
żadnej ulgi. Można fizycznie uciec od problemów, zostawić je tam gdzieś pod wskazanym adresem i ludzi tam mieszkających, ale nie da się uciec od swoich myśli, lęków ani nadziei. Tę myśl przerwała mi nagle firanka, która zaczęła dość głośno łopotać
gdyż właśnie otworzyło się okno w naszym przedziale. Ty też jakby
przerwałaś swoje myśli, podeszłaś do okna i mrużąc oczy przez chwilę
wpatrywałaś się w ciemność przez którą z hukiem pędził nasz pociąg. Wróciłaś na łóżko obok mnie i znów przytuliliśmy się. Siedząc na nim
zaczęliśmy się znów całować. W tych pocałunkach chyba wyrażaliśmy to, o czym ja i ty myśleliśmy kiedy pogrążeniu byliśmy przez chwilę w
samotności, choć oddaleni od siebie na odległość wyciągniętej dłoni.
Wstałem i zgasiłem te natrętne już i męczące jasne jarzeniowe światło.
Zrobiło się kameralnie i milej, kiedy przedział spowiło ciepłe żółtawe światło lampek przy obu łóżkach. Zacząłem całować twoją szyję i piersi,
które wciąż skryte pod bawełnianą bluzką i stanikiem. Nie przerywając
niekończącego się pocałunku sama odpięłaś uwierający już biustonosz i zdjęłaś wyciągając go przez koszulkę. Przez tę koszulkę moje usta
wyczuły sztywniejące brodawki obu piersi, które łapczywie i z coraz
większym pożądaniem w oddechu całowałem. Ręka sama instynktownie wsunęła się pod koszulkę i palce wreszcie poczuły tę tak miłą miękkość i ciepło. Twoje dłonie oplotły moją szyję mocno, namiętnie, ja poczułem niemożliwą już do powstrzymania falę pożądania. Szybko zdjęliśmy resztę ubrań i nasze ciała przywarły w miłosnym, silnym przytuleniu i spełnieniu.
Oboje tego pragnęliśmy. Kiedy oboje spokojni zasypaliśmy, pociąg pędził jak oszalały dudniąc kołami po torach swą jednostajną melodię. Jeszcze zanim zamknąłem oczy, przytulając twoje nagie kochane piersi, przez furkoczącą firankę dostrzegłem zarysy ledwo widocznego wstającego chłodnego świtu.
Obudziło nas pukanie do drzwi przedziału. To konduktor przyniósł nasze bilety i zaproponował, czy napilibyśmy się gorącej herbaty, bo do Helu zostało jakieś pół godziny jazdy i powoli czas się już ubierać.
Zapłaciłem za dwie herbaty i zamknąłem drzwi, abyś mogła wstać i nałożyć coś na siebie. Podszedłem do okna i odsunąłem zasłonkę. W tym momencie do przedziału wpadły ostre poranne promienie słoneczne, które oświetliły nasz przedział. Naciągając koszulkę i otulając się jeszcze kocem podeszłaś do mnie i przytuliłaś się uśmiechając się.
Przed nami roztaczał się niezapomniany, piękny widok. Pociąg powoli
sunął jakby skrajem niewysokiej skarpy, wzdłuż prowadzącej przy torach drogi po której wyprzedzały nas samochody osobowe i dostawcze mknące do Jastarni, Juraty aż po Hel. W oddali, po drugiej stornie Zatoki Puckiej , na horyzoncie widoczne są drzewa i nieliczne budynki znad których właśnie wstawało ożywcze ciepłe poranne słońce, które przynosi optymizm i uśmiech.
Staliśmy tak przy oknie wpatrzeni w ten magiczny świt, przytuleni,
szczęśliwi, chłonący radość naszej wspólnej chwili, o której jeszcze
dwa miesiące temu w ogóle nawet nie marzyliśmy, że nas spotka. A może właśnie nie? Może właśnie stało się to dlatego, że oboje, żyjąc przecież zupełnie gdzie indziej i nie wiedząc nic o sobie nawzajem, troskliwie pielęgnowaliśmy tę iskrę nadziei, że przecież los nie może być dla nas tak okrutny i nie da nam już nigdy szansy na to, aby sercom było wreszcie lżej i radośniej? I oto proszę, teraz już dojeżdzamy do naszego Helu, gdzieś tam daleko przecież na samym krańcu Polski. Razem i trzymając się mocno za ręce. I wciąż czując na ustach te tysiące czułych i namiętnych nocnych pocałunków.
Pociąg leniwie dudniąc po rozjazdach, mijając niewysokie baraki i
przejazdy wtoczył się na peron i zatrzymał długim i głośnym skrzypieniem hamujących kół przy budynku stacji końcowej. Kiedy oboje zeskoczyliśmy na betonowy chodnik przy budynku stacji, uderzył nas chłodny i rześki powiew morskiego wiatru. Wzięliśmy się za ręce i żwawym krokiem udaliśmy się przez niewielki park w kierunku nieopodal mieszczącego się przytulnego pensjonatu Helios. Po szybkim zameldowaniu i zrzuceniu naszych rzeczy do pokoju na piętrze, prawie że pobiegliśmy, jak dzieci, jak właśnie zakochani , szczęśliwi i radośni, na opustoszałą plażę, gdzie przywitały nas krzyczące nad nami mewy, szum rozbijających się o brzeg fale i senne buczenie rybackich kutrów na Bałtyku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz